Strona główna---->Aktualności---->Media o służbach---->Wszystkie doniesienia medialne---->Jednostka nr 3362

„Rzeczpospolita”, 16.07.2003r.

 

Jednostka nr 3362

Wojskowe Służby Informacyjne należy rozwiązać, a nie reformować

Bilans kilkunastu lat działalności WSI obciążają tak poważne grzechy jak infiltracja przez obcą agenturę, uwikłanie w największe afery czy zwyczajny brak profesjonalizmu. Zamiast na ustawę z szerokimi uprawnieniami Wojskowe Służby Informacyjne zasługują raczej na likwidację, która otworzyłaby drogę do budowy nowego wywiadu i kontrwywiadu sił zbrojnych RP.

W gmachu bez tabliczki w samym sercu Warszawy ma siedzibę Jednostka Wojskowa Nr 3362. Za nic nie mówiącym laikowi rzędem cyfr skrywa się instytucja, której prominentni przedstawiciele, korzystając ze swego szczególnego i nie do końca jasnego statusu, pasożytują na organizmie państwa.

Wojskowe Służby Informacyjne od 12 lat działały bez podstawy prawnej w postaci odrębnej ustawy, jaką mają policja, Straż Graniczna i cywilne służby specjalne. Ich działania były fragmentarycznie unormowane w kilku różnych aktach prawnych, jak ustawy: o UOP z 1990 r., o powszechnym obowiązku obrony RP z 1967 r., o urzędzie ministra obrony narodowej z 1996 r. i o ochronie informacji niejawnych. Jak na służbę o szerokich uprawnieniach operacyjnych w państwie demokratycznym było to raczej nietypowe.

Tylko że problem z WSI nie polega wyłącznie na uchwaleniu ustawy, która będzie regulowała funkcjonowanie tych służb. Aby stały się sprawnym instrumentem ochrony interesów Rzeczypospolitej, należałoby dokonać w nich fundamentalnych, zwłaszcza kadrowych zmian. Tymczasem przygotowana ustawa o WSI przechodzi - co przypomnieli niedawno dwaj politycy Platformy Obywatelskiej, były szef kontrwywiadu UOP Konstanty Miodowicz ("Gazeta Polska", 19 czerwca 2003 r, "FOZZ z wojskowymi w tle") i eksminister obrony Bronisław Komorowski ("Newsweek", 29 czerwca 2003 r., "Wojskowa Służba Iluzji") - do porządku nad całkowitym brakiem weryfikacji funkcjonariuszy pełniących przed 11 sierpnia 1991 r. służbę w jednostkach, z których utworzono Wojskowe Służby Informacyjne. Chodzi tu o Wojskową Służbę Wewnętrzną i Zarząd II Sztabu Generalnego WP, które oprócz klasycznych zadań kontrwywiadu i wywiadu pełniły także funkcje organów bezpieczeństwa PRL. Potwierdziło to ostatnie orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy lustracyjnej.

Opinia publiczna do dzisiaj nie dowiedziała się, na jakich zasadach 12 lat temu przyjmowano do WSI funkcjonariuszy, którzy pracowali wcześniej w wywiadzie i kontrwywiadzie LWP.

Czwartego lipca szef WSI gen. Marek Dukaczewski ujawnił, że przy powstawaniu służb odeszło 52 proc. oficerów z tej grupy, a obecne kadry w 60 proc. stanowią żołnierze, którzy zostali przyjęci w późniejszym okresie. Liczby mówią za siebie - pępowina personalna łącząca WSI z dawnymi służbami państwa policyjnego wciąż istnieje, a przedłożona przez rząd ustawa ten problem przemilcza.

W cywilnych służbach ten organiczny związek z komunistycznym aparatem represji został zerwany przynajmniej formalnie. Zerwanie - pytanie, jak skuteczne - nastąpiło wiosną 1990 r., gdy rozwiązano SB i powołano UOP, czemu towarzyszyła weryfikacja byłych funkcjonariuszy tajnych służb MSW. Do UOP nie wolno było przyjmować negatywnie zweryfikowanych. To prawda, że ustawa z ub.r. o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencji Wywiadu już takich barier prawnych nie stawia. Rządowi prawnicy uznali, że byłyby one niekonstytucyjne, a poseł Zbigniew Siemiątkowski - spiritus movens reformy służb specjalnych - wyjaśniał w Sejmie, iż wystarczy zapis mówiący o cechach moralnych, jakie muszą mieć oficerowie agencji.

Superszef, co się lustratorom nie kłaniał

W przypadku kandydatów na szefa uznano jednak, że byłoby to rozwiązanie niewystarczające, dlatego szefem ABW czy AW może być jedynie osoba, która "nie pełniła służby zawodowej, nie pracowała i nie była współpracownikiem organów bezpieczeństwa państwa, wymienionych w art. 5 ustawy z 18 grudnia 1998 r. o Instytucie Pamięci Narodowej - Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, ani też nie była sędzią, który orzekając, uchybił godności urzędu, sprzeniewierzając się niezawisłości sędziowskiej".

Ustawa o WSI nie narzuca nawet takich warunków kandydatom na szefa tych służb. W trakcie prac nad nią poseł Zbigniew Wassermann (PiS) postulował wprowadzenie obowiązku poddawania się kandydata na szefa WSI lustracji. Wniosek został odrzucony, mimo że Biuro Legislacyjne Kancelarii Sejmu nie stwierdziło przeszkód natury prawnej.

Podsekretarz stanu w MON Piotr Urbankowski przekonywał posłów, że "szef Wojskowych Służb Informacyjnych nie jest organem administracji rządowej, w związku z czym nie ma uzasadnienia, żeby stosować wobec niego przepisy właściwe dla urzędników administracji państwowej". Wiceminister dowodził, że w przypadku szefa WSI wykaz warunków, jakie muszą spełniać kandydaci na szefa ABW i AW, zastępuje "pragmatyka służbowa dla żołnierzy służby zawodowej, czyli ustawa o służbie wojskowej żołnierzy zawodowych". Z kolei gen. Dukaczewski twierdził, że WSI są służbą resortową, i nie można tworzyć precedensu polegającego na określaniu kryteriów dla ich szefa. Wymusiłoby to bowiem konieczność określenia w takim samym trybie warunków, jakie winni spełniać kandydaci na inne stanowiska w wojsku - szefa Sztabu Generalnego, dowódców różnych rodzajów sił zbrojnych itd. - te zaś są już określone w ustawie pragmatycznej itd., itp.

Można odnieść wrażenie, że - według ustawodawcy - żołnierze tej formacji niczym nie różnią się od pozostałych żołnierzy zawodowych. W rzeczywistości różnią się istotnie rozległymi uprawnieniami do ingerencji w delikatną sferę wolności obywatelskich i praw człowieka.

Deficyt cywilnej kontroli

Ustawa daje WSI swobodę prowadzenia kontroli operacyjnej (kontrola korespondencji, podsłuchy itp.), jakiej mogą jej pozazdrościć Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencja Wywiadu czy policja.

Do uzyskania zgody sądu - za każdym razem ma być to Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie - na zastosowanie kontroli operacyjnej niepotrzebne będzie uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa - jak w przypadku ABW i AW. Jakie informacje "mogą mieć istotne znaczenie dla obronności państwa oraz zdolności bojowej i bezpieczeństwa sił zbrojnych", oceni szef WSI.

Łatwo wyobrazić sobie nadużywanie tej argumentacji, skoro cały proces decyzyjny odbywa się - jak określił cytowany wyżej poseł Miodowicz - "w jednej wielkiej rodzinie wojskowej". W trakcie prac legislacyjnych wysuwano postulat, by położyć kres dowolnemu rozumieniu niektórych pojęć, np. "obronności", które obejmują problematykę tak rozległą jak samo państwo.

Brak ścisłości niektórych sformułowań i wynikające z niego skutki nie były jedynym motywem sporu w debacie parlamentarnej nad ustawą o WSI. Część posłów chciała - i ten projekt upadł odrzucony większością głosów - by szef WSI musiał składać Komisji Służb Specjalnych sprawozdania o szczegółach budżetu, polityce kadrowej i współdziałaniu ze służbami innych państw.

WSI niejednokrotnie zachowywały się jak państwo w państwie, dworując sobie z władzy cywilnej. W 1992 r. gen. Marian Sobolewski po wyjściu z sejmowej komisji nadzwyczajnej, która badała, czy wojsko było wykorzystywane do celów politycznych przez ludzi prezydenta Lecha Wałęsy, oświadczył: "Plecak, jak sama nazwa wskazuje, służy do noszenia granatów. Wojskowe Służby Informacyjne służą do zbierania, a nie do rozpowszechniania informacji". Pytany przez PAP, czy to samo powiedział posłom, uciął: "Prawie".

Problem w tym, że gdy w grę wchodziły ciemne interesy, jak nielegalny handel bronią, WSI nie wahały się odmówić informacji lub zwyczajnie okłamać najwyższe władze państwa, z premierem na czele. Mówił o tym ostatnio publicznie przewodniczący Komisji Służb Specjalnych Antoni Macierewicz ("Gazeta Polska", 19 czerwca 2003, "FOZZ z wojskowymi w tle"). "Oczekiwalibyśmy bardziej zdecydowanych działań oczyszczających atmosferę wokół tych służb" - wtórował mu zasiadający w tej samej komisji Marian Marczewski z SLD ("Rzeczpospolita", 25 czerwca 2003 r., "Rozliczanie wojskowych służb").

Od afery do afery

Na prawdziwie mroczny obraz WSI składa się udział ich kadr w największych aferach III RP. Ten niechlubny poczet otwiera gigantyczna defraudacja publicznych pieniędzy z FOZZ. Powiązaniami wojskowych służb specjalnych z działalnością FOZZ, która przyniosła państwu ponad 300 mln zł strat, zajmie się wkrótce specjalna podkomisja sejmowa. Sensacyjne zeznania na temat FOZZ złożył ostatnio przed sądem płk Zenon Klamecki, były zastępca szefa zarządu kontrwywiadu, ze służby zwolniony w styczniu ub.r. Potwierdził nie tylko, że były dyrektor generalny FOZZ Grzegorz Żemek był tajnym współpracownikiem wywiadu wojskowego, ale przyznał się także do wcześniejszego składania fałszywych zeznań przed sądem. Celem kłamstwa, którego dopuścił się na polecenie przełożonych, była - według PAP - konieczność ochrony tajemnicy państwowej - znajomości z Żemkiem od 1987 r.

Tylko w atmosferze przyzwolenia i relatywizmu mogło dojść do jawnie kryminalnych występków, jak badany obecnie przez sejmową komisję udział WSI i związanych z nimi spółek w nielegalnym przemycie polskiej broni w latach 1992 - 1996 do krajów objętych embargiem ONZ i dla mafii rosyjskiej. Pośrednikiem był arabski terrorysta Al-Kassar ("Rzeczpospolita", 22 października 2002 r., "Polska broń dla terrorysty").

Byłych żołnierzy WSI nie zabrakło też - jak wynika z ustaleń krakowskiej prokuratury - wśród baronów mafii paliwowej. Właściciel spółki Wrostar, eksoficer kontrwywiadu WP Andrzej K., podejrzewany jest o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, która wyłudziła 32 mln zł zwrotu podatku VAT ("Rzeczpospolita", 15 stycznia 2003, "Paliwa na celowniku. Były oficer WSI szefem gangu").

Obca agentura

Odrębny rozdział to infiltracja WSI przez obce wywiady i słabe wyniki kontrwywiadu wojskowego, który nie potrafił własnymi siłami oczyścić swych struktur z "kretów" szpiegujących zarówno dla Wschodu, jak i dla naszych obecnych sojuszników.

Kontrwywiad WSI od początku wyraźnie ustępował UOP zarówno w zwalczaniu szpiegów działających pod dyplomatycznym przykryciem ataszatów wojskowych (sprawa płk. Władimira Łomakina z Ambasady Rosji, wydalonego w 1993 r.), jak i w osłonie kontrwywiadowczej jednostek wojskowych przed działalnością Polaków zwerbowanych przez obce służby (casus szpiegującego dla Niemiec wykładowcy szkoły oficerskiej Wojsk Obrony Przeciwlotniczej ppłk. Piotra Hoffmanna zatrzymanego w marcu 1992 r. w Koszalinie).

Następne lata przyniosły całą plejadę skandali szpiegowskich. Przypomnijmy dwa najbardziej bulwersujące. Na początku 1996 r. UOP zatrzymał pułkownika wywiadu WSI Zbigniewa Włodzimierza Sz., odpowiadającego za wszystkich polskich attah? wojskowych za granicą, który za pieniądze dostarczał tajnych informacji sojuszniczej CIA. Dotyczyły one np. konfliktów między Sztabem Generalnym WP a cywilnym szefem MON, poglądów politycznych kadry dowódczej.

Wojskowe organy ścigania zajęły się tą sprawą z trzyletnim opóźnieniem, dopiero po publikacji w prasie ujawniającej, że władze Polski pozwoliły szpiegowi wyjechać z kraju bez procesu ("Życie", 22 maja 1999 r., "Szpieg geopolityczny"). Ówczesny szef Kancelarii Prezydenta Ryszard Kalisz zareagował doniesieniem do prokuratury na... dziennikarzy, zarzucając im ujawnienie tajemnicy państwowej (Serwis Krajowy PAP, 22 maja 1999 r.). Gdy za szpiegiem rozesłano list gończy, płk Sławomir Gorzkiewicz z Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie poinformował, że "Śledztwo będzie dotyczyło jedynie oficera WSI, który miał szpiegować na rzecz USA (...) nie obejmie osób, które miały zadecydować o tym, że ta osoba nie stanęła w 1996 roku przed sądem i wyjechała do Stanów Zjednoczonych". Odpowiedzialni za wypuszczenie szpiega z kraju ministrowie mogliby stanąć jedynie przed Trybunałem Stanu.

Jeszcze większy ciężar gatunkowy miała afera trzech oficerów kontrwywiadu wojskowego, którą ujawniła prasa krótko po przyjęciu Polski do NATO. Na ślad trzech szpiegów, którzy od końca lat 80. pracowali dla Rosjan, natrafił na Białorusi wywiad UOP ("Życie", 4 maja 1999 r., "Zdrajcy w rogatywkach"). Gdy w 1999 r. po siedmiu latach gry operacyjnej postanowiono ich zatrzymać, jeden z "kretów", dzięki zwolnieniu od psychiatry, o prawie dwa miesiące opóźnił swe aresztowanie (Serwis Krajowy PAP, 13 kwietnia 2000 r.). Prokuratura poinformowała o jego aresztowaniu dopiero 1 lipca 1999 r. (Serwis Krajowy PAP), podczas gdy ppłk. Czesława Wojtkuna i ppłk Zbigniewa H. zatrzymano - jak ujawnił szef Komisji Służb Specjalnych Marek Biernacki - już 4 maja (Serwis Krajowy PAP, 6 maja 1999 r.).

Jako jedyny z trójki szpiegów pozostający w służbie czynnej ppłk Zbigniew Potrzebowski podlegał jurysdykcji wojskowej i nie mógł być zatrzymany przez UOP. Dowody szpiegowskiej działalności przekazano więc WSI, które nie mając uprawnień do zatrzymań, musiały współdziałać w tym celu z Żandarmerią Wojskową ("Życie", 13 kwietnia 2000 r., "Oficer rosyjskim kretem"). Do dzisiaj brak wiarygodnego wyjaśnienia okoliczności przecieku, do jakiego bez wątpienia doszło. 20 kwietnia 2001 r. sąd skazał ppłk. Potrzebowskiego na trzy lata więzienia i degradację. Ppłk Wojtkun - były szef kontrwywiadu WSI w Łodzi - otrzymał karę czterech lat więzienia i degradacji - Sąd Najwyższy odrzucił kasację jego obrońcy jako bezzasadną. Sprawa ppłk. H. jeszcze się nie zakończyła ("Rzeczpospolita", 12 marca 2003 r., "Cztery lata dla szpiega").

Nowa struktura

Czy przyjęcie ustawy o WSI będzie gwarancją, że służby specjalne sił zbrojnych RP oczyściły się z podwójnych agentów pracujących dla naszych wschodnich sąsiadów? Raczej nie, tak samo jak nie możemy być pewni, że odtąd wszyscy oficerowie WSI zamiast podejrzanymi biznesami zajmą się wreszcie porządnie swymi ustawowymi zadaniami.

A właśnie teraz bardziej niż kiedykolwiek Polska i jej armia potrzebują profesjonalnych formacji wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. Trudno wyobrazić sobie obecność w Iraku dywizji pod polskim dowództwem bez służb zapewniających osłonę informacji niejawnych i gromadzących dane o potencjalnych zagrożeniach. Sojusznicy i funkcjonariusze rodzimych agencji cywilnych służb pewnie pomogą, ale wszystkiego nie załatwią.

Dlatego jeszcze przed rozpoczęciem regularnej służby w Iraku przez polsko-sojuszniczą dywizję, nim omawiana ustawa przejdzie do końca ścieżkę legislacyjną, należałoby rozwiązać WSI.

W przeciwnym razie, tak jak ostatnio, gdy wypłynęła afera prywatnych szkół biznesu zakładanych przez oficerów, znów dowiemy się, że żołnierze WSI łamią prawo, wykorzystując swoją wiedzę operacyjną i środki do prywatnych interesów zamiast dla dobra państwa ("Rzeczpospolita", 23 czerwca 2003 r., "Kryptonim Festiwal"). Wchodząca właśnie pod obrady Sejmu ustawa temu nie zapobiegnie. Najważniejsze sprawy, jak kontrola legalności podsłuchów, tajniki budżetu, kadr i wcześniejsze związki szefa WSI ze służbami tajnymi PRL, pozostają bowiem ciągle w gestii "wielkiej rodziny wojskowej".

Jarosław Jakimczyk

 

Autor jest publicystą tygodnika "Wprost". Wcześniej pracował m.in. w dzienniku "Życie" i kierował polską edycją magazynu "Internet Standard".